Ekrany naszych komputerów stają się coraz większe, a konfiguracje z jednym lub dwoma dodatkowymi monitorami są coraz częstsze. Cała ta dodatkowa przestrzeń daje wiele korzyści, ale niewiele pomoże, jeśli aplikacja ma stały rozmiar okna i wygląda jak znaczek pocztowy. Wtedy właśnie wkracza Fullscreenizer – mały program, który wymusza tryb bezramkowy na uruchomionym procesie, aby symulować pełny ekran.
Dość częstym problemem, jaki mam przy pisaniu artykułów o programach, jest ograniczenie rozmiaru ich interfejsów. Niektóre narzędzia nie mają go wcale, co zmusza mnie do umieszczania niskiej jakości obrazów, które nigdy dobrze nie wyglądają na stronach internetowych. Stare gry powodują podobny kłopot. Niedawno wspominaliśmy o narzędziu DxWnd, które wymusza uruchamianie ich w oknie i zapewnia kompatybilne środowisko, ale jeśli natywna rozdzielczość gry to 320 x 240 i nie chce współpracować, musimy włączyć takie opcje jak specjalne filtry i interpolacja.
Na tej liście opcji znajduje się Fullscreenizer. Program zachowuje się jak rodzaj menedżera zadań, wykrywając wszystkie procesy uruchomione przez użytkownika. Wybieramy interesujący nas program, a po kliknięciu „Fullscreenize” aplikacja wymusi tryb bezramkowy, który naśladuje (do pewnego stopnia) okno na pełnym ekranie. Ostateczny wynik zależy od programu, który próbujemy zmodyfikować. Niektóre reagują natychmiast, inne mają drobne problemy, a są też takie, które całkowicie ignorują Fullscreenizera.
Innymi słowy, Fullscreenizer nie jest doskonały. Ostatnia aktualizacja programu pochodzi z lipca 2013 roku, i muszę przyznać, że nie całkiem dobrze współpracuje z Windows 10. Myślę, że najrozsądniej używać go w ostateczności. Jeśli tryby zgodności nie pomagają, a oprogramowanie, które chcemy powiększyć na ekranie, po prostu nie ma żadnego „oficjalnego” parametru, że tak powiem, może Fullscreenizer trafi w sedno. „Opcja nuklearna” to nic innego jak obniżenie rozdzielczości ekranu, żeby to zrekompensować, ale będzie to wyglądać okropnie...